Ziemia Święta

Porozmawiaj o najważniejszym miejscu na świecie...
It is currently January 7, 2009, 2:50 pm

All times are UTC





Post new topic Reply to topic  [ 1 posts ] 
Author Message
 Post subject: Dni Kultury Polskiej 1
PostPosted: 2001-08-06 01:35:38
Online
Registered User

Joined: 2001-08-06 01:35:38
                     
Nazajutrz z rana przybywszy do Czehryna pan
           Skrzetuski stanšł w mie cie w domu
księcia
           Jeremiego, gdzie też miał kęs
czasu zabawić, aby
           ludziom i koniom dać wytchnienie po
długiej z Krymu
           podróży, którš z przyczyny
wezbrania i nadzwyczaj
           bystrych pršdów na Dnieprze trzeba
było lšdem
           odbywać, gdyż żaden bajdak nie
mógł owej zimy płynšć
           pod wodę. Sam też Skrzetuski
zażył nieco wczasu, a
           potem szedł do pana
Zaćwilichowskiego, byłego
           komisarza Rzplitej, żołnierza
dobrego, któren, nie
           służšc u księcia, był jednak
jego zaufanym i
           przyjacielem. Namiestnik pragnšł
się go wypytać, czy
           nie ma jakich z Łubniów dyspozycji.
Ksišżę wszelako
           nic szczególnego nie polecił;
kazał Skrzetuskiemu, w
           razie gdyby odpowied  chanowa
była pomy lna, wolno
           i ć, tak aby ludzie i konie mieli
się dobrze. Z
           chanem za  miał ksišżę takš
sprawę, że chodziło mu o
           ukaranie kilku murzów tatarskich,
którzy
           własnowolnie pu cili mu w jego
zadnieprzańskie
           państwo zagony, a których sam
zresztš srodze zbił.
           Chan rzeczywi cie dał odpowied
 pomy lnš: obiecał
           przysłać osobnego posła na
kwiecień, ukarać
           nieposłusznych, a chcšc sobie
zyskać życzliwo ć tak
           wsławionego jak ksišżę wojownika,
posłał mu przez
           Skrzetuskiego konia wielkiej krwi i
szłyk soboli.
           Pan Skrzetuski wywišzawszy się z
niemałym zaszczytem
           z poselstwa, które już samo było
dowodem wielkiego
           ksišżęcego faworu, bardzo był
rad, że mu w Czehrynie
           zabawić pozwolono i nie naglono z
powrotem.
           Natomiast stary Zaćwilichowski
wielce był
           zafrasowany tym, co działo się od
niejakiego czasu w
           Czehrynie. Poszli tedy razem do
Dopuła, Wołocha,
           który w mie cie zajazd i winiarnię
trzymał, i tam,
           choć była godzina jeszcze wczesna,
zastali szlachty
           huk, gdyż to był dzień targowy, a
oprócz tego w
           tymże dniu wypadał w Czehrynie
postój bydła
           pędzonego ku obozowi wojsk
koronnych, przy czym
           ludzi nazbierało się w mie cie
mnóstwo. Szlachta za
           gromadziła się zwykle w rynku, w
tak zwanym
           Dzwonieckim Kšcie, u Dopuła. Byli
tam więc i
           dzierżawcy Koniecpolskich, i
urzędnicy czehryńscy, i
           wła ciciele ziem pobliskich
siedzšcy na
           przywilejach, szlachta osiadła i od
nikogo
           niezależna, dalej urzędnicy
ekonomii, trochę
           starszyzny kozackiej i pomniejszy
drobiazg
           szlachecki, bšd  to na
kondycjach żyjšcy, bšd  na
           swoich futorach.
           Ci i tamci pozajmowali ławy stojšce
wedle długich
           dębowych stołów i rozprawiali gło
no, a wszyscy o
           ucieczce Chmielnickiego, która była
największym w
           mie cie ewenementem. Skrzetuski więc
z
           Zaćwilichowskim siedli sobie w
kšcie osobno i
           namiestnik poczšł wypytywać, co by
to za feniks był
           ten Chmielnicki, o którym wszyscy
mówili.
           - To wać nie wiesz? - odpowiedział
stary żołnierz. -
           To jest pisarz wojska zaporoskiego,
dziedzic
           Subotowa i - dodał ciszej - mój
kum. Znamy się
           dawno. Bywali my w różnych
potrzebach, w których
           niemało dokazywał, szczególniej
pod Cecorš.
           Żołnierza takiej eksperiencji w
wojskowych rzeczach
           nie masz może w całej
Rzeczypospolitej. Tego się
           gło no nie mówi, ale to hetmańska
głowa: człek
           wielkiej ręki i wielkiego rozumu;
jego całe kozactwo
           słucha więcej niż koszowych i
atamanów, człek nie
           pozbawiony dobrych stron, ale hardy,
niespokojny i
           gdy nienawi ć we mie w nim górę -
może być straszny.
           - Co mu się stało, że z Czehryna
umknšł?
           - Koty ze starostkš Czaplińskim
darli, ale to furda!
           Zwyczajnie szlachcic szlachcicowi z
nieprzyja ni
           sadła zalewał. Nie jeden on i nie
jednemu jemu.
           Mówiš przy tym, że żonę
starostce bałamucił:
           starostka mu kochanicę odebrał i z
niš się ożenił, a
           on mu jš za to pó niej bałamucił,
a to jest podobna
           rzecz, bo zwyczajnie... kobieta
lekka. Ale to sš
           tylko pozory, pod którymi głębsze
jakie  praktyki
           się ukrywajš. Widzisz wa ć, rzecz
jest taka: w
           Czerkasach mieszka stary Barabasz,
pułkownik
           kozacki, nasz przyjaciel. Miał on
przywileje i
           jakowe  pisma królewskie, o
których mówiono, że
           Kozaków do oporu przeciw szlachcie
zachęcały. Ale że
           to ludzki, dobry człek, trzymał je
u siebie i nie
           publikował. Owóż Chmielnicki
Barabasza na ucztę
           zaprosiwszy tu do Czehryna, do swego
domu, spoił,
           potem posłał ludzi do jego futoru,
którzy pisma i
           przywileje u żony podebrali - i z
nimi umknšł.
           Strach, by z nich jaka rebelia, jako
była
           Ostranicowa, nie korzystała, bo
repeto: że to człek
           straszny, a umknšł nie wiadomo
gdzie.
           Na to pan Skrzetuski:
           - A to lis! w pole mnie wywiódł.
Toć ja jego tej
           nocy na stepie spotkałemi od arkana
uwolniłem!
           Zaćwilichowski aż się za głowę
porwał.
           - Na Boga, co wać powiadasz? Nie
może to być!
           - Może być, kiedy było. Powiadał
mi się pułkownikiem
           u księcia Daminika Zasławskiego i
że do Kudaku, do
           pana Grodzickiego, od hetmana
wielkiego jest
           posłany, alem już temu nie
wierzył, gdyż nie wodš
           jechał, jeno się stepem
przekradał.
           - To człek chytry jak Ulisses. I
gdzieże  go wać
           spotkał?
           - Nad Omelniczkiem, po prawej stronie
Dnieprowej.
           Widno do Siczy jechał.
           - Kudak chciał minšć. Teraz
intelligo. Ludzi siła
           było przy nim?
           - Było ze czterdziestu. Ale za pó
no przyjechali.
           Gdyby nie moi, byliby go słudzy
starostki zdławili.
           - Czekajże waszmo ć. To jest ważna
rzecz. Słudzy
           starostki, mówisz?
           - Tak sam powiadał.
           - Skšdże starostka mógł
wiedzieć, gdzie jego szukać,
           kiedy tu w mie cie wszyscy głowy
tracš nie wiedzšc,
           gdzie się podział?
           - Tego i ja wiedzieć nie mogę.
Może też Chmielnicki
           zełgał i zwykłych łotrzyków na
sług starostki
           kreował, by swoje krzywdy tym
mocniej afirmować.
           - Nie może to być. Ale to jest
dziwna rzecz. Czy
           waszmo ć wie, że sš listy
hetmańskie przykazujšce
           Chmielnickiego łapać i in fundo
zadzierżyć?
           Namiestnik nie zdšżył
odpowiedzieć, bo w tej chwili
           wszedł do izby jaki  szlachcic
z ogromnym hałasem.
           Drzwiami trzasnšł raz i drugi, a
spojrzawszy hardo
           po izbie zawołał:
           - Czołem waszmo ciom!
           Był to człek czterdziestoletni,
niski, z twarzš
           zapalczywš, której to zapalczywo ci
przydawały
           jeszcze bardziej oczy jakby
 liwy na wierzchu głowy
           siedzšce, bystre, ruchliwe - człek
widocznie bardzo
           żywy, wichrowaty i do gniewu skory.
           - Czołem waszmo ciom! - powtórzył
gło niej i
           ostrzej, gdy mu zrazu nie
odpowiadano.
           - Czołem, czołem - ozwało się
kilka głosów.
           Był to pan Czapliński, podstaro ci
czehryński, sługa
           zaufany młodego pana choršżego
Koniecpolskiego.
           W Czehrynie nie lubiono go, bo był
zawadiaka wielki,
           pieniacz, prze ladowca, ale miał
niemniej wielkie
           plecy, przeto ten i ów z nim
politykował.
           Zaćwilichowskiego jednego szanował,
jak i wszyscy,
           dla jego powagi, cnoty i męstwa.
Ujrzawszy go, wnet
           też zbliżył się ku niemu i
skłoniwszy się do ć
           dumnie Skrzetuskiemu zasiadł przy
nich ze swojš
           lampkš miodu.
           - Mo ci starostko - spytał
Zaćwilichowski - czy
           wiesz, co się dzieje z Chmielnickim?

           - Wisi, mo ci choršży, jakem
Czapliński, wisi, a
           je li dotšd nie wisi, to będzie
wisiał. Teraz, gdy
           sš listy hetmańskie, niech jedno go
dostanę w swoje
           ręce.
           To mówišc, uderzył pię ciš w
stół, aż płyn rozlał
           się ze szklenic.
           - Nie wylewaj waćpan wina! - rzekł
pan Skrzetuski.
           Zaćwilichowski przerwał:
           - A czy go wać dostaniesz! Przecie
uciekł i nikt nie
           wie, gdzie jest?
           - Nikt nie wie? Ja wiem, jakem
Czapliński! Waszmo ć,
           panie choršży, znasz Chwedka.
Owóż Chwedko jemu
           służy, ale i mnie. Będzie on
Judaszem Chmielowi.
           Siła mówić. Wdał się Chwedko w
komitywę z mołojcami
           Chmielnickiego. Człek sprytny. Wie o
każdym kroku.
           Podjšł się mi go dostawić żywym
czy zmarłym i
           wyjechał w step równo przed
Chmielnickim, wiedzšc,
           gdzie ma go czekać!... A, didków
syn przeklęty!
           To mówišc znowu w stół uderzył.
           - Nie wylewaj waćpan wina! -
powtórzył z przyciskiem
           pan Skrzetuski, który dziwnš jakš
 awersję uczuł do
           tego podstaro ciego od pierwszego
spojrzenia.
           Szlachcic zaczerwienił się,
błysnšł swymi wypukłymi
           oczyma, sšdzšc, że mu dajš
okazję, i spojrzał
           zapalczywie na Skrzetuskiego, ale
ujrzawszy na nim
           barwę Wi niowieckich zmitygował
się, gdyż jakkolwiek
           choršży Koniecpolski wadził się
wówczas z księciem,
           wszelako Czehryn zbyt był blisko
Łubniów i
           niebezpiecznie było barwy
ksišżęcej nie uszanować.
           Ksišżę też i ludzi dobierał
takich, że każdy dwa
           razy pomy lał, nim z którym
zadarł.
           - Więc to Chwedko podjšł się waci
Chmielnickiego
           dostawić? - pytał znów
Zaćwilichowski.
           - Chwedko: I dostawi, jakem
Czapliński.
           - A ja waci mówię, że nie dostawi:
Chmielnicki
           zasadzki uszedł i na Sicz
podšżył, o czym trzeba
           pana krakowskiego dzi  jeszcze
zawiadomić. Z
           Chmielnickim nie ma żartów. Krótko
mówišc, lepszy on
           ma rozum, tęższš rękę i większe
szczę cie od waci,
           który zbyt się zapalasz.
Chmielnicki odjechał
           bezpiecznie, powtarzam waci, a je li
mnie nie
           wierzysz, to ci to ten kawaler
powtórzy, który go
           wczoraj na stepie widział i zdrowym
go pożegnał.
           - Nie może być! nie może być! -
wrzeszczał targajšc
           się za czuprynę Czapliński.
           - I co większa - dodał
Zaćwilichowski - to ten
           kawaler tu obecny sam go salwował i
wa cinych sług
           wygubił, w czym mimo listów
hetmańskich nie jest
           winien, bo z Krymu z poselstwa wraca
i o listach nie
           wiedział, a widzšc człeka przez
łotrzyków, jak
           sšdził, w stepie oprymowanego,
przyszedł mu z
           pomocš. O którym to wyratowaniu
się Chmielnickiego
           wcze niej waci zawiadamiam, bo gotów
cię z
           Zaporożcami w twojej ekonomii
odwiedzić, a znać nie
           byłby  mu rad bardzo. Nadto
 się z nim warcholił.
           Tfu, do licha!
           Zaćwilichowski nie lubił także
Czaplińskiego.
           Czapliński zerwał się z miejsca i
aż mu mowę ze
           zło ci odjęło; twarz tylko
spšsowiała mu zupełnie, a
           oczy coraz bardziej na wierzch
wyłaziły. Tak stojšc
           przed Skrzetuskim puszczał tylko
urywane wyrazy:
           - Jak to! wa ć mimo listów
hetmańskich!... Ja
           wa ci... ja wa ci...
           A pan Skrzetuski nie wstał nawet z
ławy, jeno
           wsparłszy się na łokciu patrzył
na podskakujšcego
           Czaplińskiego jak raróg na
uwišzanego wróbla.
           - Czego się wa ć mnie czepiasz jak
rzep psiego
           ogona? - spytał.
           - Ja wa ci do grodu ze sobš... Wa ć
mimo listów...
           Ja wa ci Kozakami!...
           Krzyczał tak, że w izbie uciszyło
się trochę. Obecni
           poczęli zwracać głowy w stronę
Czaplińskiego. Szukał
           on okazji zawsze, bo taka była jego
natura, robił
           burdy każdemu, kogo napotkał, ale
to zastanowiło
           wszystkich, że teraz zaczšł przy
Zaćwilichowskim,
           którego jednego się obawiał, i że
zaczšł z
           żołnierzem noszšcym barwę Wi
niowieckich.
           - Zamilknij no wasze - rzekł stary
choršży. - Ten
           kawaler jest ze mnš.
           - Ja wa... wa... wa ci do grodu... w
dyby! -
           wrzeszczał dalej Czapliński nie
uważajšc już na nic
           i na nikogo.
           Teraz pan Skrzetuski podniósł się
także całš
           wysoko ciš swego wzrostu, ale nie
wyjmował szabli z
           pochew, tylko jak jš miał
spuszczonš nisko na
           rapciach, chwycił w  rodku i
podsunšł w górę tak, że
           rękoje ć wraz z krzyżykiem poszła
pod sam nos
           Czaplińskiemu.
           - Powšchaj no to wa ć - rzekł
zimno.
           - Bij, kto w Boga!... Służba! -
krzyknšł Czapliński
           chwytajšc za rękoje ć.
           Ale nie zdšżył szabli wydobyć.
Młody namiestnik
           obrócił go w palcach, chwycił
jednš rękš za kark,
           drugš za hajdawery poniżej krzyża,
podniósł w górę
           rzucajšcego się jak cyga i idšc ku
drzwiom między
           ławami wołał:
           - Panowie bracia, miejsce dla rogala,
bo pobodzie!
           To rzekłszy doszedł do drzwi,
uderzył w nie
           Czaplińskim, roztworzył i wyrzucił
podstaro ciego na
           ulicę.
           Po czym spokojnie usiadł na dawnym
miejscu obok
           Zaćwilichowskiego. W izbie przez
chwilę zapanowała
           cisza. Siła, jakiej dowód złożył
pan Skrzetuski,
           zaimponowała zebranej szlachcie. Po
chwili jednak
           cała izba zatrzęsła się od
 miechu.
           - Vivant wi niowiecczycy! - wołali
jedni.
           - Omdlał, omdlał i krwiš oblan! -
krzyczeli inni,
           którzy zaglšdali przeze drzwi,
ciekawi, co też
           pocznie Czapliński. - Słudzy go
podnoszš!
           Mała tylko liczba stronników
podstaro ciego milczała
           i nie majšc odwagi ujšć się za
nim, spoglšdała
           ponuro na namiestnika.
           - Prawdę rzekłszy, w piętkę goni
ten ogar - rzekł
           Zaćwilichowski.
           - Kundys to, nie ogar - rzekł
zbliżajšc się gruby
           szlachcic, który miał bielmo na
jednym oku, a na
           czole dziurę wielko ci talara, przez
którš  wieciła
           naga ko ć. - Kundys to, nie ogar!
pozwól wa ć -
           mówił dalej zwracajšc się do
Skrzetuskiego - abym mu
           służby moje ofiarował. Jan
Zagłoba herbu Wczele, co
           każdy snadno poznać może choćby
po onej dziurze,
           którš w czele kula rozbójnicka mi
zrobiła; gdym się
           do Ziemi  więtej za grzechy
młodo ci ofiarował.
           - Dajże wa ć pokój - rzekł
Zaćwilichowski -
           powiadałe  kiedy indziej, że
ci jš kuflem w Radomiu
           wybito.
           - Kula rozbójnicka, jakom żyw! W
Radomiu było co
           innego.
           - Ofiarowałe  się wa ć do
Ziemi  więtej... może,
           ale  w niej nie był, to pewna.
           - Nie byłem, bom już w Galacie
palmę męczeńskš
           otrzymał. Je li łżę, jestem
arcypies, nie szlachcic.
           - A taki breszesz i breszesz!
           - Szelmš jestem bez uszu. W wasze
ręce, panie
           namiestniku !
           Tymczasem przychodzili i inni
zabierajšc z panem
           Skrzetuskim znajomo ć i afekt mu
swój o wiadczajšc,
           nie lubili bowiem ogólnie
Czaplińskiego i radzi
           byli, że go taka spotkała konfuzja.
Rzecz dziwna i
           trudna dzi  do zrozumienia, że
tak cała szlachta w
           okolicach Czehryna, jak i pomniejsi
wła ciciele
           słobód, dzierżawcy ekonomii, ba!
nawet ze służby
           Koniecpolskich, wszyscy wiedzšc,
jako zwyczajnie w
           sšsiedztwie, o zatargach
Czaplińskiego z
           Chmielnickim, byli po stronie tego
ostatniego.
           Chmielnicki bowiemmiał sławę
znamienitego żołnierza,
           któren niemałe zasługi w różnych
wojnach położył.
           Wiedziano także, że sam król się
z nim znosił i
           wysoce jego zdanie cenił, na całe
za  zaj cie
           patrzano tylko jak na zwykłš burdę
szlachcica ze
           szlachcicem, jakich to burd na
tysišce się liczyło,
           zwłaszcza w ziemiach ruskich.
Stawano więc po
           stronie tego, kto sobie więcej
przychylno ci zjednać
           umiał, nie przewidujšc, by z tego
takie straszliwe
           skutki wyniknšć miały. Pó niej
dopiero zapłonęły
           serca nienawi ciš ku Chmielnickiemu,
ale zarówno
           serca szlachty i duchowieństwa
obydwóch obrzšdków.
           Przychodzili tedy do pana
Skrzetuskiego z kwartami
           mówišc:  Pij, panie bracie!
Wypij i ze mnš! - Niech
           żyjš wi niowiecczycy! Tak młody, a
już porucznik u
           księcia. Vivat ksišżę Jeremi,
hetman nad hetmany! Z
           księciem Jeremim pójdziemy na kraj
 wiata! - Na
           Turków i Tatarów! - Do Stambułu!
Niech żyje
           miło ciwie nam panujšcy Władysław
IV!" Najgło niej
           za  krzyczał pan Zagłoba,
który sam jeden gotów był
           cały regiment przepić i przegadać.

           - Mo ci panowie! - wrzeszczał, aż
szyby w oknach
           dzwoniły - pozwałem ja już jegomo
ci sułtana do
           grodu za gwałt, którego się na
mnie w Galacie
           dopu cił.
           - Nie powiadajże waćpan lada czego,
żeby ci się gęba
           nie wystrzępiła!
           - Jak to, mo ci panowie? Quatuor
articuli judicii
           castrensis: stuprum, incendium;
latrocinium et vis
           armata alienis aedibus illata- a
czyż nie była to
           wła nie vis armata?
           - Krzykliwy z wa ci głuszec.
           - I choćby do trybunału pójdę!
           - Przestańże wasze...
           - I kondemnatę uzyskam, i bezecnym
go ogłoszę, a
           potem wojna, ale już z infamisem.
           - Zdrowie waszmo ciów!
           Niektórzy wszelako  mieli się,
a z nimi i pan
           Skrzetuski, bo mu się z czupryny
trochę kurzyło,
           szlachcic za  tokował dalej
naprawdę jak głuszec,
           który się własnym głosem upaja.
Na szczę cie dyskurs
           jego przerwany został przez innego
szlachcica, który
           zbliżywszy się pocišgnšł go za
rękaw i rzekł
            piewnym litewskim akcentem:
           - Poznajomijże waćpan, mo ci
Zagłobo, i mnie z panem
           namiestnikiem Skrzetuskim...
poznajomijże!
           - A i owszem, i owszem. Mo ci
namiestniku, oto jest
           pan Powsinoga.
           - Podbipięta - poprawił szlachcic.
           - Wszystko jedno! herbu
Zerwipludry...
           - Zerwikaptur - poprawił szlachcic.
           - Wszystko jedno! Z Psichkiszek.
           - Myszykiszek - poprawił szlachcic.
           - Wszystko jedno. Nescio, co bym
wolał, czy mysie,
           czy psie kiszki. Ale to pewna, żebym
w żadnych
           mieszkać nie chciał, bo to i
osiedzieć się tam
           niełatwo, i wychodzić
niepolitycznie. Mo ci panie! -
           mówił dalej do Skrzetuskiego
ukazujšc Litwina - oto
           tydzień już piję wino za
pienišdze tego szlachcica,
           któren ma miecz za pasem równie
ciężki jak trzos, a
           trzos równie ciężki jak dowcip.
Ale je lim pił kiedy
           wino za pienišdze większego cudaka,
to pozwolę się
           nazwać takim kpem, jak ten, co mi
wino kupuje.
           - A to go objechał! - wołała
 miejšc się szlachta.
           Ale Litwin nie gniewał się, kiwał
tylko rękš,
           u miechał się łagodnie i
powtarzał:
           - At, dałby  waćpan pokój...
słuchać hadko!
           Pan Skrzetuski przypatrywał się
ciekawie tej nowej
           figurze, która istotnie
zasługiwała na nazwę cudaka.
           Przede wszystkim był to mšż
wzrostu tak wysokiego,
           że głowš prawie powały
dosięgał, a chudo ć
           nadzwyczajna wydawała go wyższym
jeszcze. Szerokie
           jego ramiona i żylasty kark
zwiastowały niepospolitš
           siłę, ale była na nim tylko skóra
i ko ci. Brzuch
           miał tak wpadły pod piersiš, że
można by go wzišć za
           głodomora, lubo ubrany był
dostatnio, w szarš opiętš
           kurtę ze  wiebodzińskiego
sukna, z wšskimi rękawami,
           i wysokie szwedzkie buty, które na
Litwie zaczynały
           wchodzić w użycie. Szeroki i dobrze
wypchany łosiowy
           pas nie majšc na czym się trzymać
opadał mu aż na
           biodra, a do pasa przywišzany był
krzyżacki miecz
           tak długi, że temu olbrzymiemu
mężowi prawie do
           pachy dochodził.
           AIe kto by się miecza przelškł,
wnet by się uspokoił
           spojrzawszy na twarz jego wła
ciciela. Była to twarz
           chuda, również jak i cała osoba,
ozdobiona dwiema
           zwi niętymi ku dołowi brwiami i
parš tak samo
           zwisłych konopnego koloru wšsów,
ale tak poczciwa,
           tak szczera, jak u dziecka. Owa
obwisło ć wšsów i
           brwi nadawała jej wyraz stroskany,
smutny i  mieszny
           zarazem. Wyglšdał na człeka,
którego ludzie
           popychajš, ale panu Skrzetuskiemu
podobał się z
           pierwszego wejrzenia za owš szczero
ć twarzy i
           doskonały moderunek żołnierski.
           - Panie namiestniku - rzekł - to
waszmo ć od księcia
           pana Wi niowieckiego?
           - Tak jest.
           Litwin ręce złożył jako do
modlitwy i oczy podniósł
           w górę.
           - Ach, co to za wielki wojennik! co
to za rycerz! co
           to za wódz!
           - Daj Boże Rzeczypospolitej takich
jak najwięcej.
           - I pewno, i pewno! A czyby nie
można do niego pod
           znak?
           - Będzie wa ci rad.
           Tu pan Zagłoba wtršcił się do
rozmowy:
           - Będzie miał ksišżę dwa rożny
do kuchni: jeden z
           waćpana, drugi z jego miecza, albo
najmie wa ci za
           mistrza, albo każe na wasanu
zbójów wieszać lub
           sukno na barwę będzie waspanem
mierzył! Tfu, jak się
           waćpan nie wstydzisz, będšc
człowiekiem i
           katolikiem, być tak długim, jak
serpens lub jak
           pogańska włócznia!
           - Słuchać hadko - rzekł cierpliwie
Litwin.
           - Jakże też godno ć waszeci? -
spytał pan Skrzetuski
           - bo gdy  mówił, pan Zagłoba
tak wa ci podrywał, że
           z przeproszeniem nic nie mogłem
zrozumieć.
           - Podbipięta.
           - Powsinoga.
           - Zerwikaptur z Myszykiszek.
           - Masz babo pociechę! Piję jego
wino, ale kpem
           jestem, je li to nie pogańskie
imiona.
           - Dawno wa ć z Litwy? - pytał
namiestnik.
           - At, już dwie niedziele w
Czehrynie. Dowiedziawszy
           się od pana Zaćwilichowskiego, że
wa ć tędy cišgnšć
           będziesz, czekam, by pod jego
opiekš księciu moje
           pro by przedstawić.
           - Powiedzże mi waszmo ć, proszę,
bom ciekaw, czemu
           też taki katowski miecz pod pachš
nosisz?
           - Nie katowski to, mo ci namiestniku,
ale krzyżacki,
           a noszę, bo zdobyczny i dawno w
rodzie. Już pod
           Chojnicami służył w litewskim
ręku - tak i noszę.
           - Ale to sroga machina i ciężka
być musi okrutnie -
           chyba do obu ršk?
           - Można do obu, można do jednej.
           - Pokażże wasze !
           Litwin wydobył i podał, ale panu
Skrzetuskiemu ręka
           zwisła od razu. Ni się złożyć,
ni cięcia wymierzyć
           swobodnie. Na dwie ręce poradził,
ale jeszcze było
           za ciężko. Więc pan Skrzetuski
zawstydził się trochę
           i zwróciwszy się do obecnych:
           - No, mo ci panowie - rzekł - kto
krzyż uczyni?
           - My już próbowali - odrzekło
kilkana cie głosów. -
           Jeden pan komisarz Zaćwilichowski
podniesie, ale
           krzyża i on nie uczyni.
           - No, a waćpan? - pytał pan
Skrzetuski zwracajšc się
           do Litwina.
           Szlachcic podniósł miecz jak
trzcinę i machnšł nim
           kilkana cie razy z największš
łatwo ciš, aż
           powietrze warczało w izbie, a wiatr
powiał po
           twarzach.
           - A niechże wa ci Bóg sekunduje! -
zawołał
           Skrzetuski. - Pewnš masz służbę u
księcia pana!
           - Bóg widzi, że jej pragnę, bo mi
miecz w niej nie
           zardzewieje.
           - Ale dowcip do reszty - rzekł pan
Zagłoba - gdyż
           nie umiesz wa ć tak samo nim
obracać.
           Zaćwilichowski wstał i obaj z
namiestnikiem
           zabierali się do odej cia, gdy naraz
wszedł do izby
           biały jak gołšb człowiek i
spostrzegłszy
           Zaćwilichowskiego rzekł:
           - Mo ci choršży komisarzu, ja tu do
pana umy lnie!
           Był to Barabasz, pułkownik
czerkaski.
           - To chod że waszmo ć do mnie na
kwaterę - rzekł
           Zaćwilichowski. - Tu już się tak
ze łbów kurzy, że i
            wiata nie widać.
           Wyszli razem, a Skrzetuski z nimi.
Zaraz za progiem
           Barabasz spytał:
           - Czy nie ma wie ci o Chmielnickim?
           - Sš. Uciekł na Sicz. Oto ten
oficer spotkał go
           wczoraj na stepie.
           - To nie wodš pojechał? Pchnšłem
gońca do Kudaku, by
           go łapano, ale je li tak, to na
próżno.
           To rzekłszy Barabasz zatknšł
rękami oczy i poczšł
           powtarzać:
           - Ej! spasi Chryste! spasi Chryste!
           - Czego wać trwożysz?
           - A czy waszmo ć wiesz, co on mi
zdradš wydarł? Czy
           wiesz, co to znaczy takie dokumenta w
Siczy
           opublikować? Spasi Chryste! Je li
król wojny z
           bisurmanem nie uczyni, to iskra na
prochy...
           - Rebelię waszmo ć przepowiadasz?
           - Nie przepowiadam, bo jš widzę, a
Chmielnicki
           lepszy od Nalewajki i od Łobody.
           - A kto za nim pójdzie?
           - Kto? Zaporoże, regestrowi,
mieszczanie, czerń,
           futornicy - i tacy ot!
           Tu pan Barabasz wskazał na rynek i
na uwijajšcych
           się po nim ludzi. Cały rynek był
zapchany wielkimi
           siwymi wołami pędzonymi ku
Korsuniowi dla wojska, a
           przy wołach szedł mnogi lud
pastuszy, tak zwani
           czabanowie, którzy całe życie w
stepach i pustyniach
           spędzali - ludzie zupełnie dzicy,
nie wyznajšcy
           żadnej religii - religionis nullius,
jak mówił
           wojewoda Kisiel.
           Spostrzegałe  między nimi
postacie podobniejsze do
           zbójów niż do pasterzy, okrutne,
straszne, pokryte
           łachmanami rozmaitych ubiorów.
Większa ich czę ć
           była przybrana w tołuby baranie
albo w niewyprawne
           skóry wełnš na wierzch,
rozchełstane na przodzie i
           ukazujšce, choć była to zima,
nagš pier  spalonš od
           wiatrów stepowych. Każden zbrojny,
ale w
           najrozmaitszš broń: jedni mieli
łuki i sajdaki na
           plecach, niektórzy samopały albo
tak zwane z kozacka
            piszczele", inni szable
tatarskie inni kosy lub
           wreszcie tylko kije z przywišzanš
na końcu szczękš
           końskš. Między nimi kręcili się
mało co mniej dzicy,
           choć lepiej zbrojni Niżowcy
wiozšcy do obozu na
           sprzedaż rybę suszonš, zwierzynę
i tłuszcz barani;
           dalej czumacy z solš, stepowi i le
ni pasiecznicy
           oraz woskoboje z miodem, osadnicy le
ni ze smołš i
           dziegciem; dalej chłopi z podwodami,
Kozacy
           regestrowi, Tatarzy z Białogrodu i
Bóg wie nie kto -
           włóczęgi - siromachy z końca
 wiata. W całym mie cie
           pełno było pijanych, w Czehrynie
bowiem wypadał
           nocleg, więc i hulatyka przed nocš.
Na rynku
           rozkładano ognie, gdzieniegdzie
paliła się beczka ze
           smołš. Zewszšd dochodził gwar i
wrzaski, przera liwy
           głos piszczałek tatarskich i
bębenków mieszał się z
           ryczeniem bydła i z łagodniejszymi
głosami lir, przy
           których wtórze  lepcy
 piewali ulubionš wówczas
           pie ń:
           Sokołe jasnyj,
           Brate mij ridnyj,
           Ty wysoko łetajesz,
           Ty dałeko widajesz.
           A obok tego rozlegały się dzikie
okrzyki:  hu! ha! -
           hu! ha!" Kozaków tańczšcych
na rynku trepaka,
           pomazanych dziegciem i pijanych
zupełnie.Wszystko to
           razem byto dzikie i rozszalałe, do
ć było
           Zaćwilichowskiemu jednego
spojrzenia, by się
           przekonać, że Barabasz miał
słuszno ć, że lada
           podmuch mógł rozpętać te
niesforne żywioły skłonne
           do grabieży, a przywykłe do boju,
których pełno było
           na całej Ukrainie. A poza tymi
tłumami stała jeszcze
           Sicz, stało Zaporoże od niedawna
okiełznane i w
           karby po Masłowym Stawie ujęte, ale
gryzšce
           niecierpliwie munsztuk, pomne dawnych
przywilejów,
           nienawidzšce komisarzy, a
stanowišce uorganizowanš
           siłę. Siła ta miała przecie za
sobš sympatię
           niezmiernych mas chłopstwa mniej
cierpliwego niż w
           innych Rzplitej stronach, bo
majšcego pod bokiem
           Czertomelik, a na nim bezpaństwo,
rozbój i wolę.
           Więc pan choršży, choć sam Rusin
i gorliwy
           wschodniego obrzšdku stronnik,
zadumał się smutno.
           Jako człek stary, pamiętał dobrze
czasy Nalewajki,
           Łobody, Kremskiego, znał
ukraińskie rozbójnictwo
           lepiej może jak ktokolwiek na Rusi,
a znajšc
           jednocze nie Chmielnickiego
wiedział, że on wart
           dwudziestu Łobodów i Nalewajków.
Zrozumiał tedy całe
           niebezpieczeństwo jego na Sicz
ucieczki, zwłaszcza z
           listami królewskimi, o których pan
Barabasz
           powiadał, że były pełne obietnic
dla Kozaków i
           zachęcajšce ich do oporu.
           - Mo ci pułkowniku czerkaski -
rzekł do Barabasza -
           powinien by  waszmo ć na Sicz
jechać, wpływy
           Chmielnickiego równoważyć i
pacyfikować,
           pacyfikować!
           - Mo ci choršży - odparł Barabasz
- powiem tylko
           tyle waszmo ci, że na samš wie ć o
ucieczce
           Chmielnickiego z papierami połowa
moich czerkaskich
           ludzi dzisiejszej nocy także na Sicz
za nim zbiegła.
           Moje czasy już minęły - mnie
mogiła, nie buława!
           Rzeczywi cie Barabasz był żołnierz
dobry, ale
           człowiek stary i bez wpływu.
           Tymczasem doszli do kwatery
Zaćwilichowskiego; stary
           choršży odzyskał już trochę
pogody umysłu wła ciwej
           jego gołębiej duszy i gdy zasiedli
nad półgarncówkš
           miodu, rzekł ra niej:
           - Wszystko to furda, je li, jak
mówiš, wojna z
           bisurmanem praeparatur, a podobno że
tak i jest, bo
           choć Rzeczpospolita wojny nie chce i
niemało już
           sejmy królowi krwi napsuły,
wszelako król może na
           swoim postawić. Cały ten ogień
można będzie na Turka
           obrócić, a w każdym razie mamy
przed sobš czas. Ja
           sam pojadę do pana krakowskiego i
zdam mu sprawę, i
           będę prosił, by się jako
najbliżej ku nam z wojskiem
           przymknšł. Czy co wskóram, nie
wiem, bo chociaż to
           pan mężny i wojownik do wiadczony,
ale okrutnie w
           swoim zdaniu i swoim wojsku dufny. Wa
ć, mo ci
           pułkowniku czerkaski, trzymaj w
ryzie Kozaków - a
           waszeć, mo ci namiestniku, po
przybyciu do Łubniów
           ostrzeż księcia, by na Sicz baczno
ć obrócił. Choćby
           mieli co poczšć - repeto; mamy
czas. Na Siczy teraz
           ludzi niewiele: za rybš i za
zwierzem się
           porozchodzili i po całej Ukrainie we
wsiach siedzš.
           Nim się  cišgnš, dużo wody w
Dnieprze upłynie. Przy
           tym imię księcia straszne i gdy
się zwiedzš, że na
           Czertomelik oczy ma obrócone, może
będš cicho
           siedzieli.
           - Ja z Czehryna choćby we dwóch
dniach ruszyć gotowy
           - rzekł namiestnik.
           - To i dobrze. Dwa i trzy dni nic nie
znaczš.
           Waszmo ć, panie czerkaski, pchnij
też gońców z
           oznajmieniem sprawy do pana
choršżego koronnego i do
           księcia Dominika. Ale waszmo ć już
 pisz, jak widzę?
           Rzeczywi cie, Barabasz złożył
ręce na brzuchu i
           zdrzemnšł się głęboko; po chwili
nawet chrapać
           zaczšł. Stary pułkownik, gdy nie
jadł i nie pił, co
           oboje nad wszystko lubił, to spał.
           - Patrz, waszeć - rzekł cicho do
namiestnika
           Zaćwilichowski - i przez takiego to
starca
           warszawscy staty ci chcieliby
Kozaków w ryzie
           utrzymać. Bóg z nimi! Ufali też i
samemu
           Chmielnickiemu, z którym kanclerz w
jakowe  układy
           wchodził, a któren podobno srodze
ufno ć zawiedzie.
           Namiestnik westchnšł na znak
współczucia staremu
           choršżemu. Barabasz za
 chrapnšł silniej, a potem
           mruknšł przez sen:
           - Spasi Chryste! spasi Chryste!
           - Kiedyż wa ć my lisz z Chehryna
ruszyć? - spytał
           choršży.
           - Wypada mi ze dwa dni Czaplińskiemu
poczekać,
           któren pewnie będzie chciał
konfuzji, jaka go
           spotkała, dochodzić.
           - Nie uczyni tego. Prędzej by na wa
ci sług swoich
           nasłał, gdyby  barwy
ksišżęcej nie nosił - ale z
           księciem zadrzeć straszna rzecz
nawet dla sługi
           Koniecpolskich.
           - Oznajmię mu, że czekam, a w dwa
lub w trzy dni
           ruszę. Zasadzki też nie obawiam
się majšc przy boku
           szablę i gar ć ludzi.
           To rzekłszy namiestnik pożegnał
starego choršżego i
           wyszedł.
           Nad miastem  wieciła tak jasna
łuna od stosów
           nałożonych na rynku, że rzekłby :
cały Czehryn się
           pali, a gwar i krzyki wzmogły się
jeszcze z
           nastaniem nocy. Żydzi nie wychylali
się wcale ze
           swych domostw. W jednym kšcie tłumy
czabanów wyły
           posępne pie ni stepowe. Dzicy
Zaporożcy tańczyli
           koło ognisk rzucajšc w górę
czapki, palšc z
           piszczeli i pijšc kwartami
gorzałkę. Tu i owdzie
           zrywała się bijatyka, którš u
mierzali ludzie
           starostki. Namiestnik musiał
torować sobie drogę
           rękoje ciš szabli i słuchajšc
tych wrzasków i szumu
           kozaczego, chwilami my lał sobie,
że to już rebelia
           tak przemawia. Zdawało mu się
także, że widzi gro ne
           spojrzenia i słyszy ciche, zwracane
ku sobie klštwy.
           W uszach brzęczały mu jeszcze
słowa Barabasza:
            Spasi Chryste, spasi Chryste!",
i serce biło mu
           żywiej. A tymczasem w mie cie
czabanowie zawodzili
           coraz gło niej chorowody, a
Zaporożcy palili z
           samopałów i kšpali się w
gorzałce.
           Strzelanina i dzikie
 u-ha!,u-ha!" dachodziły do
           uszu namiestnika nawet wówczas, gdy
już położył się
           spać w swojej kwaterze.


Top
 Profile
 
Post new topic Reply to topic  [ 1 posts ] 




 Topics   Author   Replies   Views   Last post 
No new posts Katolickie Centrum Kultury Wiślna12 - pielgrzymki?

Roman

3

955

2005-05-05 09:38:16

Franz

No new posts Pielgrzymka w intencji polskiej reprezentacji

Kudziu

3

1726

2006-08-30 03:57:20

dK

No new posts Zbrodnie przeciwko pielgrzymkom -- czyli martyrologii polskiej staly ciag dalszy.

Tomek

7

1775

2008-08-14 21:24:23

J.

No new posts Bliżej Pana Boga, niż biblijnej Ziemi świętej - o polskiej racji stanu

Andrzej

3

1625

2005-11-16 13:18:55

Pomian


Who is online

Users browsing this forum: apartamenty poznań, ziemia święta, pozycjonowanie cena, chirurgia plastyczna, badania geotechniczne, darmowe pozycjonowanie, prezent, pozycjonowanie, skuteczne pozycjonowanie, Panslavista,.borlot,Smok1,Mike,error,Hammer, 3 guests, Informacje odtwarzacze cd LOKóWKA ROWENTA CF 8032 pozycjonowanie serwis hondy ,


New posts New posts    No new posts No new posts    Announce Announcement
New posts [ Popular ] New posts [ Popular ]    No new posts [ Popular ] No new posts [ Popular ]    Sticky Sticky
New posts [ Locked ] New posts [ Locked ]    No new posts [ Locked ] No new posts [ Locked ]    Moved topic Moved topic
You can post new topics in this forum
You can reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot post attachments in this forum

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group