Jak "Wyborcza" walczy z Kosciolem (1)
Niewiele osob zdaje sobie w pelni sprawe z rozmiarow hipokryzji i
obludy, jaka zastosowali czolowi dzialacze bylej tzw. opozycyjnej
lewicy laickiej, wykorzystujac w czasie, gdy czuli sie bardzo slabi,
"parasol ochronny" i pomoc Kosciola. Wielu z nich udawalo
"cudowne nawrocenia", pospiesznie chrzcilo dzieci, goraco bilo
sie w piersi za dawne antyreligijne wystapienia, a przede
wszystkim, jak moglo przymilalo sie do hierarchow Kosciola
katolickiego. Ludzie z opozycji laickiej w latach 70. i w latach 80.,
zwlaszcza po wprowadzeniu stanu wojennego, czuli sie jeszcze
slabi, zagrozeni przez represje wladzy. Potrzebowali pomocy,
wiec tym chetniej udawali szczerych przyjaciol Kosciola. Gdy
jednak juz udalo sie im, dzieki roznym manipulacjom, zdobyc
pozycje we wladzy w 1989 r., szybko pokazali, jak faktycznie
odnosza sie do Kosciola i religii. Adam Michnik, Barbara Labuda,
Zofia Kuratowska, Andrzej Szczypiorski, Wiktor Kulerski (byly
wiceminister edukacji w rzadzie Tadeusza Mazowieckiego) sa tu
szczegolnie wymownymi przykladami. W ksiazce My Teresy
Toranskiej (s. 213) znajdujemy skrajny atak Kulerskiego na
Kosciol katolicki jako rzekomo glowna sile antyreformatorska.
Ten sam Kulerski zaledwie dwie strony wczesniej (s. 211)
przyznawal: Wielokrotnie korzystalem z pomocy ksiezy w latach
podziemia. Bylo az nadto wiele podobnych przykladow "ucieczki
od wdziecznosci".
Trzeba przyznac, ze ludziom z opozycji laickiej udalo sie z
powodzeniem omamic Kosciol poprzez sugerowanie rzekomej
swej ogromnej bliskosci wartosciom chrzescijanskim, a czasami
nawet dzieki nadgorliwosci na pokaz w wyznawaniu tych
wartosci. Po czerwcu 1989 r. stopniowo spadly jednak maski i
rychlo okazalo sie, jak bardzo nieszczere byly wszelkie umizgi
ludzi bylej opozycyjnej lewicy laickiej do Kosciola. Slynny
zagraniczny badacz historii Polski Peter Raina zarzucil im wrecz,
ze swiadomie oszukiwali Kosciol, wykorzystujac jego szyld tylko
jako swoisty glejt, przepustke do kariery politycznej.
Kosciol byl dla nich tylko instrumentem
Bardzo wymownym swiadectwem rozczarowan, jakie przezyli
ludzie Kosciola w odniesieniu do swoich rzekomych przyjaciol z
opozycyjnej lewicy laickiej sa dwa gorzkie wyznania biskupow
katolickich publikowane wiosna 1996 r. Godny odnotowania przy
tym jest fakt, ze byly one publikowane na lamach czasopisma
lewicy katolickiej - "Wiezi". Pierwszym z nich bylo wyznanie
biskupa Jozefa Orszulika, ktory po latach nie ukrywal juz swego
rozgoryczenia, piszac o hipokryzji, jaka zademonstrowali wobec
Kosciola w swoim czasie bardzo wplywowi przedstawiciele
opozycji wobec systemu komunistycznego: (...) I jeszcze jedna
naiwnoscia zgrzeszylem. Wierzylem, ze wszyscy, ktorzy tworzyli
trzon opozycji, gromadzili sie u mnie, przyjmuja te same wartosci.
Chodzili do kosciola, recytowali gladko z pamieci Credo. Rychlo
sie jednak okazalo, ze Kosciol byl dla nich instrumentem, ja tez.
Papiez Jan Pawel II byl uwielbiany za slowa, ktore wypowiadal w
czasie trzech pierwszych pielgrzymek. Za nauczanie o Dekalogu
w czasie czwartej pielgrzymki stal sie dla tych samych ludzi
persona non grata - jak sam Ojciec Swiety, to stwierdza w swej
ksiazce "Przekroczyc prog nadziei". Dekalog stal sie niewygodny
w budowaniu nowego ladu spolecznego i ekonomicznego w
naszym kraju (cyt. za "Wiez" z 1996 r., nr 3, s. 128).
Podobnie gorzkie krytyczne refleksje na temat obludy w postawie
wobec Kosciola, zademonstrowanej przez duza czesc opozycji
przed 1989 rokiem, wyrazil biskup peplinski Jan Szlaga. W
wypowiedzi z marca 1996 roku stwierdzal on m.in.: (...) Mozna bylo
(...) sadzic, ze cala opozycja to monolit, ktory odtad, po roku 1989,
gwarantuje zwyciestwo nad totalitaryzmem komunistycznym. Bo
jak mozna bylo myslec inaczej, skoro w latach "Solidarnosci" nie
wahali sie wystepowac w kosciolach ludzie, ktorzy sa dzis jawnie
przeciwni nauce Kosciola, a w swojej postawie politycznej
wprowadzaja wiele zametu. Krotko mowiac, otwarcie sie Kosciola
i wspolnot koscielnych na cala opozycje bylo ryzykowne, a jej
niepelne rozczytanie niejako uspilo dynamiczna obecnosc
Kosciola sprzed roku 1989 (...) (tamze, s. 190).
Warto rowniez przypomniec rowniez zupelnie nieznane krajowym
czytelnikom wnikliwe spostrzezenia swietnego obserwatora
polskiej sceny politycznej, od lat korespondenta amerykanskiej
prasy polonijnej Roberta Strybela. Pare lat temu tak pisal on w
polonijnym "Dzienniku Zwiazkowym" w Chicago o naiwnym
zawierzeniu przez ludzi Kosciola w dobra wole opozycyjnej lewicy
laickiej: (...) Wiekszosc ludzi Kosciola ulegla triumfalistycznej
euforii lat 80., co utrudnilo rozeznanie wlasnych sil i srodkow oraz
realistyczna ocene potencjalu przeciwnika. Do najaktywniejszych
osob dzialajacych wowczas na terenach przykoscielnych nalezeli
postkorowcy i inni dysydenci intelektualisci. Owa "laica"
(niechetna Kosciolowi lewica laicka) teraz poboznie przyklekala
przed oltarzem, z wielkim szacunkiem odnosila sie do kleru, wraz
z wiernymi spiewala "Chcemy Boga w ksiazce, szkole...".
Laicyzatorzy chetnie tez przyjmowali z rak proboszczow dary z
przesylek charytatywnych. Nawet ukrywali sie przed bezpieka w
klasztorach, podziemiach swiatyn czy na plebaniach. Stali blisko
Kosciola, dopoki mieli z tego jakas korzysc. Nie bez kozery mowi
sie, ze post-KOR-owcy dorwali sie do wladzy po grzbietach
robotnikow i pod opiekuncza sutanna Kosciola. Gdy wreszcie
znalezli sie u zlobu, od "roboli" i "Ciemnogrodu" mogli
sie juz
definitywnie odwrocic.
Wielu przedstawicieli Kosciola zrazu uwierzylo w owe cudowne
nawrocenia swoich odwiecznych przeciwnikow. Dopiero
poniewczasie przekonali sie, ze jest inaczej, gdy owi swiezo
upieczeni niby-sympatycy katolicyzmu staneli na czele kampanii
antyklerykalnej, jakiej nawet stalinowcy mogliby pozazdroscic.
Kiedy strona koscielna zorientowala sie, ze stala sie obiektem
niebywalej agresji, bylo juz za pozno. Sprytnie dozowane przez
"laice" slogany propagandowe - "tolerancja",
"otwartosc",
"nowoczesnosc", "Europa", "wielki swiat" itp. -
mialy na celu m.in.
przekonanie Polakow, ze Kosciol i religia, to przezytki niegodne
wspolczesnego czlowieka. Swieckosc, laickosc, ostatecznie
katolicyzm "otwarty" - to jest to. Poniewaz to "laica", a
nie strona
koscielna zdominowala prase (zarowno michnikowa "Gazeta
Wyborcza", jak i urbanowe "Nie" maja wiekszy naklad niz
wszystkie pisma katolickie razem wziete!), poglady te latwo
zapadaly w zbiorowa swiadomosc Polakow (...).
Obluda Adama Michnika
Szczegolnie jaskrawym przykladem obludy w postepowaniu
wobec Kosciola bylo zachowanie Adama Michnika w ostatnich
dwudziestu paru latach. Kiedy czul sie jeszcze politycznie slabym
czy nawet wrecz izolowanym, jak mogl lasil sie i przymilal do
Kosciola, aby znalazlszy sie po 1989 r. "mocno w siodle", wciaz
podstepnie kasac ten sam Kosciol. Przypomnijmy kolejne etapy
ewolucji Michnika. Juz w 1966 roku "wslawil sie" zalosnym
atakiem na list biskupow polskich, publikowanym na lamach
ateistycznych "Argumentow". Po roku 1977, kiedy bardzo
potrzebne mu byly opiekuncze skrzydla Kosciola, Michnik tak
kajal sie samokrytycznie w zwiazku ze swoim udzialem w
potepianiu listu biskupow polskich: (...) w tym nieprzyzwoitym
spektaklu sam wzialem udzial i na samo wspomnienie czerwienie
sie ze wstydu. Wstydze sie swojej glupoty (...) (A. Michnik: Kosciol,
lewica, dialog, Paryz 1977, s. 61). Tamze (s. 31) tak pisal o swoim
srodowisku lewicy laickiej: (...) Popieralismy polityke represji,
czesto okrutnych, widzac w niej droge do nowego wspanialego
swiata oskarzalismy Kosciol o reakcyjnosc i wszystkie inne
grzechy glowne, nie baczac na to, ze w atmosferze totalnego
zniewolenia Kosciol bronil prawdy, godnosci i wolnosci czlowieka
(...). W innym miejscu (s. 139) Michnik pisal: (...) Tradycyjnie
przywyklismy sadzic, ze religijnosc i Kosciol to synonimy
wstecznictwa i tepego ciemnogrodu. Z tej perspektywy wzrost
indyferentyzmu religijnego byl traktowany przez nas jako
naturalny sojusznik umyslowego i moralnego postepu. Poglad taki
- sam bylem jego wyznawca - uwazam za falszywy (...).
Jeszcze w pierwszym okresie kierowania "Gazeta Wyborcza" w
1989 r. Michnik doprowadzil do perfekcji swa ulubiona taktyke
mimikry. Jeszcze nie czul sie wowczas dostatecznie mocny,
jeszcze odczuwal potrzebe przyczajenia sie ze swymi
prawdziwymi pogladami, jeszcze bal sie zrazenia potencjalnych
czytelnikow. Jego "Gazeta Wyborcza" w tym czasie udawala
nawet goraca sympatie do Kosciola katolickiego i samego
Prymasa Polski Jozefa Glempa. Ktos, kto dobrze zna pozniejsze -
nieprzebierajace w srodkach - ataki Michnika i "Wyborczej" na
Prymasa Polski i rozliczne zatrute strzaly wysylane pod adresem
innych postaci Kosciola, nie moglby wprost uwierzyc wlasnym
oczom, gdyby spojrzal na te szczegolna "adoracje" ludzi Kosciola,
prezentowana w pierwszych numerach gazety Michnika. Juz w
pierwszym numerze "Wyborczej" z 8 maja 1989 r. w centralnym
miejscu numeru maksymalnie wyeksponowano informacje:
Prymas Polski (oba slowa pisane ogromniastymi literami)
rozmawia z Walesa o przyszlych wyborach. Na gorze 2 numeru
"Wyborczej" uwypuklono jako zdecydowanie najwazniejsza
sprawe wywiad gdanskiego biskupa Tadeusza Goclowskiego.
Podobna stylistyka, pelna pozorowanego, naboznego wrecz
szacunku dla Kosciola, wypelnia liczne numery "Wyborczej" w
pierwszych paru miesiacach jej ukazywania sie. W numerze 15 z
29 maja 1989 r. na pierwszej stronie znajdujemy informacje o
poswieceniu redakcji "Gazety Wyborczej" przez arcybiskupa
Bronislawa Dabrowskiego. Polowe pierwszej strony tego numeru
"Wyborczej" wypelnil obszerny tekst arcybiskupa Dabrowskiego:
Prymasie Tysiaclecia. Znajac stara niechec Michnika do Prymasa
Polski Stefana Wyszynskiego jako polskiego "nacjonalisty" i
"anachronicznego konserwatysty" mozna tylko podziwiac
niebywale rozmiary poswiecenia, jakie wowczas wykazal w
ramach udawanej prokoscielnej mimikry. Dodajmy, ze "Gazeta
Wyborcza" w tym czasie byla ogromnie ostrozna we wszelkich
uwagach o aborcji, starala sie o mozliwie jak najprecyzyjniejsze
przedstawienie stanowiska Kosciola w tej sprawie (por. tekst
Ewy Milewicz: Ochrona dziecka poczetego, "Gazeta Wyborcza", nr
5 z 12 maja 1989 r.).
Podobnie goraco starano sie przyciagac czytelnikow w tym
czasie radykalnym antykomunizmem i pelnym patosu
patriotyzmem. Chodzilo o to, aby najpierw pozyskac jak najwiecej
czytelnikow poprzez odpowiednie maskowanie prawdziwych
intencji, aby pozniej stopniowo i wyrafinowanie dzialac na rzecz
gruntownego przeksztalcenia ich podswiadomosci. Aby
stopniowo zatracili cala swa dawna katolicka i patriotyczna
wrazliwosc i zniechecili sie do wyznawanych wczesniej wartosci.
Juz po kilku miesiacach redagowania "Gazety Wyborczej"
Michnik, teraz z pozycji wszechwladnego pana najwiekszego
polskiego dziennika, calkowicie powrocil do dawnych idei walki z
Kosciolem. Szybko okazalo sie, ze mimo tak donosnego bicia sie
w piersi w ksiazce wydanej w 1977 r., Michnik nadal uwaza
Kosciol i religijnosc za synonimy ciemnogrodu i marzy o
maksymalnym nasileniu religijnego indyferentyzmu i ateizmu. Tyle
ze teraz robi to w sposob niewyobrazalnie bardziej subtelny niz w
latach 60., szczegolna uwage poswiecajac popieraniu roznego
typu podzialow w Kosciele, naglasnianiu katolickich dysydentow,
nader chetnego odwolywania sie do proznosci niektorych ludzi
slabej wiary, ktorzy w zamian za publikacje na lamach "Gazety
Wyborczej" gotowi sa do maksymalnych koncesji z zasad
wyznawanej przez siebie wiary.
Juz w lipcu i sierpniu doszlo do ujawnienia skrajnej
tendencyjnosci "Gazety Wyborczej" w stosunku do Kosciola
katolickiego na przykladzie relacjonowania konfliktu wokol
klasztoru Karmelitanek w Oswiecimiu. 18 lipca 1989 r. "Gazeta
Wyborcza" w tekscie Anny Husarskiej: Incydent w Oswiecimiu
starala sie przedstawic cala sprawe w sposob mozliwie jak
najkorzystniejszy dla awanturniczego sprawcy incydentu - rabina
Abrahama Weissa. Groteskowo wrecz zabrzmialy slowa
Husarskiej tlumaczacej skrajnie bezprawne wlamanie sie rabina i
grupy jego poplecznikow przez dwumetrowe ogrodzenie
klasztoru. Wedlug Husarskiej wspomniani napastnicy przeszli
przez okolo dwumetrowe ogrodzenie. "Przeszli"... W tym samym
numerze o calej sprawie pisal rowniez jeden z najskrajniejszych
przedstawicieli katolewicy Krzysztof Sliwinski, wowczas redaktor
"Gazety Wyborczej", dzis pelnomocnik MSZ do spraw dialogu z
zydowska diaspora, najbardziej odpowiedzialny za
sprowokowanie i rozognienie konfliktu wokol krzyza papieskiego
w Oswiecimiu w poczatkach 1998 r. W tekscie Spor wokol
klasztoru Sliwinski glowna wina za incydent obciazal nie
napastnikow z czeredy Weissa, lecz polskich katolikow z
Oswiecimia. Pisal: Przede wszystkim szokuje obrzydliwa piatkowa
reakcja polskich uczestnikow incydentu, oskarzal polskie
duchowienstwo o nie dajacy sie usprawiedliwic brak reakcji na
zniewagi - wobec Zydow, prowokatorow i inicjatorow calego
incydentu. Dzien pozniej w "Gazecie Wyborczej" wydrukowano
wypowiedz Jacka Kuronia udzielajaca absolutnego poparcia
antypolskiego awanturnikowi Weissowi w slowach: Czuje sie
gleboko zawstydzony tym, co Was spotkalo ("Gazeta Wyborcza" z
19 lipca 1989 r.).
Cdn.
Jerzy Robert NOWAK
-----------== Posted via Deja News, The Discussion Network ==----------
http://www.dejanews.com/ Search, Read, Discuss, or Start
Your Own